Coraz więcej osób korzysta z usług instytucji finansowych niebędących bankami. W związku z szalejącym kryzysem banki zaostrzyły wymagania kredytowe. To doprowadziło do znacznego spadku liczby udzielanych przez nie kredytów w porównaniu z latami ubiegłymi. Banki nie mają jednak innego wyjścia. Zbyt liberalne podejście do zdolności kredytowych klientów może wpędzić w niemałe tarapaty finansowe. Niespłacane raty to nie tylko problem dla klientów, ale też dla samych banków, bo jeśli zaległości urosną zbyt duże to potem nie sposób je odzyskać. To wszystko sprawia, że ludzie chętni do wzięcia kredytów, których liczba wcale nie maleje, kierują się do innych instytucji. Firmy udzielające kredytów wyrastają jak grzyby po deszczu. Ich reklamy można spotkać na ulicy, w radiu i telewizji czy w Internecie. Wiele z nich nie wymaga od klienta zaświadczenia z Biura Informacji Kredytowej, a pieniądze wypłaca po okazaniu jednego dokumentu tożsamości. Jak to się dzieje, że firmy te nie obawiają się kryzysu i problemów klientów ze spłacaniem? Powodów jest kilka. Po pierwsze głównym zarobkiem są pożyczki i mini kredyty do 10 000 pln, których spłacalność jest wyższa. Po drugie system windykacji opiera się często na zastraszaniu klientów, nękaniu ich telefonami czy listami, a nierzadko nachodzeniu ich w domu przez wynajętych do tego osób o posturze kulturystów. Ludzie boją się i oddają, często zapożyczając się w innej firmie. I po trzecie, chyba najważniejsze. Firmy tego typu proponują bardzo wysokie oprocentowanie pożyczanej kwoty. Najczęściej klient nie zdaje sobie sprawy jak duża to jest suma. Dzięki temu nawet ewentualne, pomniejszenie zysku o część ludzi niespłacających zobowiązań, w ogólnym rozrachunku i tak pozwala na osiągnięcie wielkiego zysku. Dlaczego pomimo tych wad, firmy te stale powiększają bazę klientów? Odpowiedź jest bardzo prosta. Dla większości klientów jest to jedyna szansa na otrzymanie jakiegokolwiek kredytu. Żaden bank im go nie udzieli. Godzą się na takie warunki, bo nie mają żadnej alternatywy.




